Kategorie

Stary Dwór


Epizod 1

Kto jest kim i dlaczego...

Rylin. Totalnie zabita dechami dziura ukryta w potężnym lesie. Słonce witało nas tutaj każdego dnia całym swoim urokiem. Lato na naszej wsi było wyjątkowo piękne. Tutaj - w takiej dziczy nie mogło być inaczej. Mieliśmy rzekę, dookoła dżungla lasów a w nich pełno zwierzyny. Jednym słowem - raj.

Na nudę zawsze się znalazł jakiś sposób. Mieliśmy przecież zgraną paczkę, która słynęła z pomysłów szokujących okoliczną ludność. Należeli do niej Robert - czyli ja, Listwa, Gleba, Lemur i oczywiście wszędobylska; gadatliwa ale całkiem urodziwa dziewoja Ola, czyli Chmurka, która od jakiegoś czasu każdym swoim ruchem przyprawiała mnie o chwilowo niezrozumiałe mi skoki ciśnienia.



Listwa dostał swoją ksywę, ponieważ najczęściej listwą dostawał w szkole za zawieszanie się na lekcjach. Gleba zaś został tak ochrzczony za zaparkowanie dziadka komarka w najgęstszych krzakach dzikich róż z przepięknym saltem w finale. Wyglądał po tym marnie. Zwłaszcza jego twarz, ręce, nogi - nie wspominając nic o ciuchach. Lemur to był prawdziwy lemur - jakby mógł, to by całe życie leżał i nic nie robił - niestety, był elementem naszej ekipy a więc słodkie obijanie się w wakacje mu nie wychodziło. Chmurka zaś - miała zawsze dziwne nastroje. Przeważnie wkurzaliśmy ją wszelakimi durnotami, aż po kres wytrzymałości jej psychiki. Mimo to, szybko jej mijało skrajne wkurzenie i na stałe zaliczyła się do naszej bandy młodocianych samobójców szukających przygód tam, gdzie nawet najmniej zabobonny chłop we wsi by nie śmiał nogi postawić.

No tak. Byliśmy bandą rozkosznych urwisów różniących się niczym kolory tęczy. To właśnie nadawało kontrastu naszym przygodom - wzbogacając je wcałkiem ciekawe dialogi.

Epizod 2 (fragment)

Ja, komar i mit o starym dworze...

Piąta rano. Otwarłem oczy. Nie chciało mi się wstawać. Były przecież wakacje. Pomimo prób pogrążenia się w błogim lenistwie - każda chwila spędzona na próbie ponownego przejścia do świata niby-landii zakończyła się fiaskiem. Zwlekłem się z łóżka i poszedłem do kuchni. Wrzuciłem coś na szybko i wyszedłem na dwór. Uderzyła mnie woń lata. Przeciągnąłem się w promykach porannego słońca. Dopiłem sok i popełzłem w stronę komarka Gleby. Obiecałem, że go naprawię ocalając mu tyłek przed ciężkim laniem. Tym razem Gleba rozgrzebał iskrownik, ale złożenie tego do kupy przekroczyło jego możliwości intelektualne. Fachowa lektura też mu nie pomogła, bo zawsze inaczej rozumiał to, co przeczytał. Jego dziadek był ślepy jak kret - więc sam sobie nie poradzi. Łokieć Chmurki wybrał tego - co to może zrobić. Padło oczywiście na mnie. Co? Ja nie dam rady? Jeszcze nie wiedziałem w co się ładuję, ale by udowodnić Chmurce swoje - zgodziłem się na to. Obiewcałem że naprawię tego 'wypatroszonego komara'. Miałem też inne wyjście - nie dać rady i wyjść na durnia, ale takiej opcji nie mogło przecież być.

Siedziałem tak przy tym gruchocie odkrywając tajniki działania iskrownika. Słońce mile grzało pomimo wczesnej pory. Całkiem przypadkowo do mego ucha dobiegły zza stodoły odgłosy rozmowy mojej babki z innym niezidentyfikowanym próchnem. Gderały coś o dworze na 'Smiertnym Wąwozie'. Nagle słowa owej nieznanej mi kobiety wyraźnie mnie zainteresowały...

- Pani, tam mieszkał bogacz przed wojną. Uciekał a skarby zostały ukryte w dworze...

Po czym dodała:

- Nigdy po nie nie wrócił moja pani!

Uśmiechnąłem się boznalazłem kolejny sposób na oczarowanie Chmurki, któradyskretnie kryła miętę jaką czuła pod moim adresem. Oj tak - wiedziałem jaki temat dziś będzie w domku na drzewie.

Z dwóch iskrowników zrobiłem jeden porządny i wstawiłem go na miejsce bacząc na zaznaczony wcześniej punkt zapłonu. Mała instrukcja okazała się wielce pouczającą lekturą. Po dwóch godzinach komar mógł fruwać - nic nie wspominając o jeżdzeniu.

Fajnie, że tam coś jest - majaczył Listwa czyniąc mądrość roku - czyli starając się przywiązać haczyk 12tkę do żyłki 50tki na tzw. tysiąca

Skoro ta babka coś mówiła - to znaczy, że jest w tym odrobina prawdy, jak w każdej legendzie - odparłem odrywając na chwilę oczy od obłych kształtów Chmurki, która zamiatała bałagan w naszej bazie.

Dwór to tam jest bo tam byliśmy - stwierdził Gleba... po czym dodał zadziwiająco jak na niego mądrą treść - ale możemy przecież zrobić kolejną 'misję specjalną' - co nam szkodzi...

Chmurka zdawała się być mało zainteresowana jakimś starym zarośniętym dworem. Robiła swoje sprytnie uwijając się z chaosem w naszej 'willi'.

Zapatrzony na nią w fascynacji rzucam:

Zrobimy tak: - pójdziemy tam, ale najpierw zrobimy przygotowania. Każdy zabiera latarkę najlepszą jaką ma, ciepłe ciuchy na zlumpienie, nieco żarcia i picia. Wszystko pakujemy do plecaka i ruszamy. Wszelakie inne przydatne w poszukiwaniach rzeczybędą też mile widziane.

- Znając nas oczywiście bandaże, woda utleniona również będą konieczne - co delikatnie podkreśliłem.

Tym razem i sama Olka się popatrzała na mnie mówiąc:

- No tak, znowu święcą się jakieś kłopoty a ja będę Was cerować...

- Co się łamiesz. Duchów nie ma, więc co nam zależy - odparłem.

Rozgorzała dyskusja. Tak zleciało na gadaniu do wieczora. Rozstaliśmy i każdy popełzł do bazy się szykować na kolejną misję specjalną. Po upchaniu plecaka legnąłem na łóżku niczym trafiony kulą snajpera wojak. W tej samej pozycji obudziłem się rano.

Nasze spotkanie było nieco mało ścisłe czasowo. Listwa się spóźniał. Mimo to dotarł na miejsce z plecakiem dość potężnie upchanym. Skromnie spytałem co on tam ma. Zbywająco stwierdził że to co mu potrzebne. Analizując jego sposób myślenia wcale się nie zdziwiłbym jakby tam się znalazł expres do kawy.

Spacer zapowiadał się dość długi. Sześć kilometrów leśną dróżką to całkiem sporo. Maszerowaliśmy prawie w całkowitym milczeniu. Jedynym dziwnym dźwiękiem jak docierał do mojego ucha to słuchawki Chmurki. Miała w swoim plecaku walkmana i to nie byle jakiego, bo aż od wujka zza granicy. Taki sprzęciol to było marzenie każdego gówniarza we wsi. Niestety - ten przywilej przypadał jedynie Chmurce. Męczyła go dzień i noc masakrując się Enigmami, Enyami, Twin Peaksami i innymi shizowymi smętami z taśm TDK, które sobie nagrywała u ojca na wieży.

Ech, ta wieża jej starego zaś była marzeniem nieco każdego starszego gościa we wsi. Jednym słowem rodzinka Chmurki była całkiem 'dziana' a ona była mała księżniczką - ba... i to nie byle jaką...

Pełźliśmy przez las. Wzdłuż drogi rosły potężne dęby które splecione koronami niemal całkowicie chroniły drogę przed słońcem. Przedzierające się tu i ówdzie snopy światła miło łaskotały ciepłymi dotykami po plecach. Zapach lasu był tak niesamowity, że czasem aż zaciągałem się powietrzem z zamkniętymi oczyma. Starałem się rozróżnić poszczególne wonie. Jagody? Maliny? Sam nie wiedziałem jeszcze co. Wędrówka nie należała do łatwych ale umililiśmy sobie ją rozmowami na różne dziwne tematy. Lemur i Gleba często się żarli o głupie sprawy. Listwa siedział cicho. Chmurka zaś miała wszystko gdzieś. Czasem zerkała na nas za siebie i ochoczo darła do przodu. Nie starałem się jej dorównać kroku. Wolałem sobie popatrzeć jak sprytnie się porusza. Wręcz się tym pasjonowałem.

Droga wiodła teraz przez dziko zarośnięty wąwóz - raz opadała, raz wnosiła się ku górze. W hipnozie rozglądaliśmy się z zadartymi głowami do góry. Skały wąwozu formowały się w najróżniejsze kształty przyprawiające o ciarki na plecach. Miałem wrażenie, że nie tylko ja to czuję ale wszyscy. Nawet Chmurka przyciszyła walkmana i miała mniej pewną minę. Wyobraźnia robiła swoje. W każdej skale można było znaleźć jakąś złośliwą lub okropnie zniekształconą twarz, jakby w zastygłą w jakimś niezrozumiałym bólu - miliony lat temu w tak nieludzkiej formie. Wiało grozą. Co jakiś czas obsypywały się kamienie na co cała ekipa reagowała natychmiastowym skierowaniem głów w kierunku dźwięku. Najbardziej wystraszeni byli oczywiście Lemur i Gleba. W totalnym milczeniu wędrowaliśmy szlakiem którym kiedyś biegały dinozaury i inne prehistoryczne bestie.

Powoli zaczęło się zaciemniać. To chmury zakryły słońce. Nie wyglądało to najlepiej. Zerkaliśmy na siebie, ale załoga zdecydowanie dawała znać, że nie chce rezygnować z wypadu. Wąwóz się zacieśniał. Ściana skał stała się niemalże pionowa. Las niczym ogromna zielona bestia zapraszała nas w swój nieprzebrany w czerni gardziel. Nie wyglądało to zbyt miło. Mijaliśmy już któryś z kolei bielący się szkielet psa. Totalne odludzie. Dzicz a w niej my - banda dziarskich, ale nieco przerażonych małolatów, pragnących przeżyć wakacyjną przygodę. Słonce próbowało walczyć z mrokiem ale robiło się coraz ciemniej.

Zahipnotyzowani odmiennością terenu wędrowaliśmy niczym niczego nieświadome zwierze w paszczę lwa. Głowy pracowały lewo - prawo non stop. Przed nami czarna otchłań lasu odrażała swą formą i złowrogą przemową. Droga zanikała w jej czerni. Nagle ciszę przerywa ogromny hałas i robi się ciemno wokół nas. Odruchowo skuliłem się ale słysząc wrzask Chmurki spojrzałem przed siebie. Nad nami przelatywało setki czarnych ptaszysk, które spłoszone uciekały gdzie popadnie - wręcz na oślep. Musiały się kryć na skraju lasu. Gdy zbliżyliśmy się do ich kryjówki - nastąpiła panika. Podbiegłem do skulonej dziewczyny próbującprzekrzyczeć łoskot skrzydeł:

- To tylko ptaki! To tylko ptaki Chmurka!

Objęła mnie nagle i przytuliła mocno. Czułem że drży. Szlochając wydusiła...

- Mam dość... mam dość. Wracajmy - to jest chore. Tam jest zło! Robert wracajmy proszę...

- Dobrze, niech będzie mała...

Wtem uderzył piorun zupełnie niedaleko. Wystraszeni popatrzeliśmy na siebie nawzajem. Cała okolica się pogrążyła w potężnej ulewie w ułamkach sekundy.

Trzeba byłobłyskawicznie myśleć. Wracać? Gdzie się skryć? Co robić? Wariowałem. Serce mi kołatało a Chmurka patrzała mi głęboko w oczy - trzymając przerażona mnie mocno zaciśniętymi garstkami.

- Nie ma szans! Wiejemy do dworu! Wiejemy do dworu się skryć!

Nikt nie protestował. Zaczęliśmy biegnąć na oślep w odrażający mrok boru. Na skróty, byle jak najszybciej dotrzeć pod zbawienny dach! Trzymałem ją za rękę. Pomimo wody cieknącej po mnie całym, silnie czułem ciepło jej dłoni. Wybiegliśmy do ogromnego dzikiego sadu. Krzaki mściły się na nas za naruszenie ich nietykalności- chłoszcząc nas jak na prawdziwych torturach. Nikt nie zwracał uwagi na krew. Nikogo nie obchodziło nic innego poza schronieniem. Kanonada piorunów i ulewa była tak potężne, że nie docierał do mnie żaden inny dźwięk, poza biciem mojego serca i głębokim oddechem.

Przeklęty dwór rósł w oczach. O dziwo - jak na swoje lata był całkiem nieźle zachowany. Miał większość okien a nawet strzępy głównych drzwi, które długo mi się nie opierały. Po jednym ataku metodą'na bara' skończyły swoją dotychczasową funkcjonalność spoczywając wewnątrz rezydencji. Wbiegliśmy po schodach na górę szukając miejsca na schronienie.

Drewniana podłoga nie wyglądała najlepiej jednak była solidna. Padliśmy w małym pomieszczeniu bez okienna poddaszu. Tam tach był w najlepszyn stanie. Wygrzebałem gdzieś latarkę z plecaka. Światło. To czego nam brakowało. Chmurka jeszcze chwilę pociągała nosem po czym się uspokoiła. Mimo to tuliła się do mnie nadal. Czułem przemiłe ciepło pomimo, żeprzemokłem do suchej nitki. Gleba wygrzebał lampę naftowa. Z trudem ją odpalił. Podkręcił ją jak mógł a zbawienne jej ciepło zwabiło wszystkie ręce ku ognikowi. Grupka urwisów ogrzewająca się maleńką lampą naftową w wyklętym domu niczym z horroru w środku burzy - gdzieś w głębi dzikiego boru, gdzie bieg czasu zamarł razem z ucieczką właściciela. Paczka przyjaciół w przeklętym przez wieśniaków miejscu, gdzie nikt nigdy nie śmiał się zapuszczać....

Epizod 3

Co robić?

Nad nami rozpętało się istne piekło. Przez szczeliny w dachu lała się woda i wkradało się światło uderzających gdzie popadnie piorunów.

- Pasowałoby się w coś przebrać - rzuciłem

- Macie ciuchy poszukiwawcze?

Wszyscy jednocześnie skinęli głową. Sprawiali wrażenie wystraszonych. Ze mną nie było lepiej. Po prostu bałem się i sam nie wiadomo czego. Wyobraźnia tworzyła różne dziwne obrazy i myśli. Dobrałem się do plecaka wyciągając ciuchy:

- Ech, że też nie sprawdziliśmy pogody - mówię po wstrzymaniu odechu na chwilę

- Ta, trzeba było popatrzeć na tv - syczy nieźle wkurzona Chmurka

- Ja wiedziałem o deszczu, ale nie wiem gdzie miał padać - stwierdza Listwa

- Zawsze zawieszony jesteś jak nietoperz - stwierdza Lemur leniwie

Listwa popatrzał na Lemura wzrokiem kogoś, kto ma ochotę dać w pysk rozmówcy ale rezygnuje ze swojego zamiaru. Zimno mokrych ciuchów daje górę. Szemrająccoś pod nosem zagłębia się w analizie zawartości swojego plecaka. Wszyscy klęczą wokół lampy naftowej. Wyglądaliśmy zapewne zabawne na przemian twarzekryjącw czeluściach swoich plecaków. Od czasu do czasu pojawiają się skrzętnie kryte uśmiechy. Cała błazenada kończy się w momencie gdy Listwa wyciąga ostatni ciuch. Zapada milczenie. Patrzymy się na siebie nawzajem które się przedłuża.Ciszę wśród burzy przerywa Chmurka która niemal krzyczy:

- Co się gapicie barany jedne. Wypad stąd bo się przebieram pierwsza...

Nie mogąc pozbierać myśli po jej salwie posłusznie opuszczamy pomieszczenie bez ani jednego 'ale'. Wyjrzała za nami, czy na pewno oddaliliśmy się na stosowną odległość. Po wizji lokalnej wraca do oświetlonego pomieszczenia krocząc po przeraźliwie skrzypiących dębowych deskach. Światło jednak wabi oko. Cień na ścianie wykonuje bardzo zgrabne - pewne siebie ruchu połączone z idealną płynnością. Nie ma nikogo- co się na to nie patrzy.

Widok jest naprawdę ciekawy choć to tylko cień Olki. Z wrażenia nie słyszymy dookoła szalejących piorunów ni jęczących desek pod naszymi stopami - nawet nie czujemy zimna mokrych ciuchów. Dociera do nas jedynie przekaz wizualny malowany na ścianiepomieszczenia - będący efektem działania ciała Chmurki zatrzymującej swobodny bieg światła ku nieskończoności.

- Dobra, skończyłam - stwierdza dziewczyna po czym dodaje:

- Teraz Wasza kolej szuwarki...

Przebieraliśmy się zupełnie jakby na czas. Dziewczyna czekała na korytarzu.

Suche grube ubrania poprawiły samopoczucie załodze. Wyraźnie było słychać, że burza mija. Pioruny biły znacznie dalej i ciszej - mimo to ciemność nie ustępowała. Czas najwyższy było ustalić - co robimy dalej.Zaproponowałem opracowanie tematu.:

- Spieprzamy stąd, nie inaczej, tu skarbów nie ma - dumnie oświadcza Chmurka

- Ja chcę się rozejrzeć tutaj, bo może tu naprawdę coś jest - szepcze Listwa

- Ja też bym został, aż się wypogodzi i popatrzył po tym domu - przytakuje Gleba

- Nie wiem co robicie ale, ja to robię co Wy - wybełkotał Lemur leżąc na podłodze

- Kto wie Olu - a może właśnie są. Zostałaś przegłosowana - stwierdziłem z anielską bezradnością

Cisza. Dziewczyna nie odpowiedziała nic. Popatrzeliśmy na siebie zaczęliśmy się zbierać.

- Zaczniemy od parteru. Tam jest bezpieczniej bo są posadzki. - oświadczam

- Ja zostaję tutaj i czekam, aż Wam się znudzą marzenia - zjeża się Olka

- No to do boju! - huknął Gleba

Ruszyliśmy po schodach w dół. Słychać wyraźnie było każdy ruch, każdy krok.

Oświetlenie mieliśmy raczej marne, ale ogólnie widoczność była dobra. Zelżały deszczyk kropił po dachu. Z wielu dziur przezeń lały się potoki wody. Omamieni rozmiarem domu spacerowaliśmy tu i ówdzie.

- Rozdzielmy się - stwierdzam - Niech każdy obierze swoją partię domu i ją przeczesze...

Od tego momentu spacerowałem sam. Podziwiałem przepiękne niegdyś pomieszczenia. Cały dom był prawie pusty. Były tu jakieś puste skrzynie, poniszczone małe meble i inne mało ciekawe rzeczy. Przeszukiwałem te graty z nadzieją, że coś znajdę. Choćby jakiś stary widelec. Nadaremno. Wyobrażnia przeniosła się w przeszłość - za świetności domu.

Pozwoliłem się jej porwać mnie w tą podróż - nie stawiając najmniejszego oporu. Uświadomiłem sobie, jak piękny musiał być ten dom kiedyś, zanim jego właściciel go opuścił. W jednym z pokoi zauważyłem lekko zabrudzone okno. Położyłem dłoń na zakurzonej ale wilgotnej szybie. Chwilę tak zastygłem w bezruchu.

Pociągnąłem ją w dół ściągając brud jednym ruchem ręki. W otworze tym za ścianą deszczu na szybie zobaczyłem umorusa twarz i dwoje wytrzeszczonych oczu patrzących się prosto w moje. Widok ten był przerażający!

Cały dom wypełnił mój przeraźliwy wrzask. Odskakując do tyłu wypuściłem latarkę, która po kilku saltach uderzyła o ziemię i zgasła.

Siedziałem na ziemi dysząc ciężko nie odrywając oczy od twarzy za szybą. To coś było na zewnątrz. Serce mi kołatało jak oszalałe. Łykałem ślinę nie mogąc

złapać oddechu. Mrugnąłem oczyma. Postać w oknie znikła bezszelestnie.

Siedziałem mocno przechylony w tył na podłodze zaparty rękami wystawionymi do tyłu. Sapałem ciężko parząc na otwór w szybie. Nie było tam nic- poza kropelkami deszczu wirującymi w niebieskim świetle. Omam? Fakt? Zjawa? Co to było?

Epizod 5

Zaczynają się zwarcia

Osłupiały zamarłem pogrążony w całkowitej ciemności. Za sobą słyszę wolne kroki. Coś się zbliżało odstrony wejścia do pomieszczenia.

- Nie odwrócę się, nie odwrócę się! - krzyczałem w myśli a krew kotłowała się w skroniach

Wtem słyszę słowa wypowiadane jakby z dumą:

- Widzisz poszukiwaczu, tak to jest - jak się gra bohatera a boi się własnego cienia...

Zamurowało mnie. Przecież to byłgłos Chmurka. Zerwałem się i stanąłem z nią twarzą w twarz. Dziewczyna kontynuowała...

- Tu nic nie ma. Uświadom to sobie marzycielu. Tam za oknem to byłam ja...

Krew mnie zalała ale milczałem. Jej kolejne słowa wyrażały niechęć do eksploracji tej posiadłości i mocno podważały jej sens...

- Zobaczyłam Twoją dość charakterystyczną dłoń w oknie więc przystawiłam twarz by Ci wybić głupoty z głowy.

- Jak się pobawisz w tym kurzu wracaj po mnie, zabieramy plecaki i wracamy bo burza już mija.

Po tych słowach odwróciła się na pięcie i wyszła z pokoju na korytarz. Stałem zły na siebie jak pies. Zrozumiałem gdzie popełniłem błąd. Byłem totalnym egoistą zaciągając w tak niebezpieczne miejsce moich przyjaciół i narażając ich zdrowie a nawet życie. Czułem się jak skończony debil. Słowa Chmurki otwarły mi oczy. Stałem wkurzony na siebie z opuszczoną głową i zaciśniętymi pięściami. Deszcz przestał padać. Zaczęło się rozjaśniać.

Mimo to mój trans trwał jeszcze parę minut. Nie zwracałem uwagi na plądrujących okoliczne pomieszczenia przyjaciół. Trwałem tak dopóki z myśli nie wyrwał mnie potężny trzask zlanyz piskiem Chmurki - po którym nastała grobowa cisza.

Szybciej! Jak najszybciej na górę! Co się tam stało?! Biegliśmy jak mogliśmy najprędzej!

Na miejscu stanęliśmy jak wryci. W miejscu którym stały plecaki - na środku pomieszczenia pojawiła się spora dziura. Dziewczyna też zniknęła.

Rzuciliśmy się do otworu. Wpatrując się w ciemność...

- Chmurka! Olka! Jesteś tam? - krzyczeliśmy na przemian niestety cisza była bezlitosna i nie ustępowałajak mrok w jamie...

- Lemur i Gleba lećcie na dół i rozejrzyjcie się! - rzuciłem szybko

Pobiegli. Listwa ze mną patrzał w mrok otworu. To na seriobyła egipską ciemność, która w dodatku porwała nasz sprzęt i przyjaciółkę....

- Dawaj zawiasie tą swoją latareczkę! - otrzeźwiałem w momencie

Świeciła bardzo słabo. Wypatrzyłem ją. Leżała na plecakach wewnątrz pokoju na dole. Przybiegli z powrotem chłopaki...

- Tam nic nie ma! Tam nie żadnego ma wejścia!

- Jak to kurna nie ma - ledwie powstrzymałem się od przekleństw

- To jakieś ukryte pomieszczenie Siwy!

Opuściłem rękawy i stanąłem w rozkroku nad otworem

- Opuścicie mnie tam na dół a potem szukacie czegoś by nas wyciągnąć

Zimno i wilgoć uderzyły mnie po twarzy. Czułem się jakbym wszedł do krypty.Dziewczyna leżała na naszych mokrych ciuchach i plecakach. Przed załamaniemsię stropu musiała na nich siedzieć.

Przystawiłem ucho do jej ust. Oddychała.Bogu dzięki! Zacząłem ją cucić ostrożnie uderzając ją po policzkach. Pojawiła się reakcja - wykrzywiła się i otwarła oczy...

- Gdzie ja jestem?

- Auć! - zasyczałem parząc się o nagrzane zwłoki naftówki

- Zarwała się podłoga. Straciłaś przytomność. Chłopaki polecieli po coś aby nas wyciągnąć

Dziewczyna podniosła się ale nagle upadła z sykiem

- Mam coś z ręką

- I nie tylko z ręką.... - zauważyłem

Na jej prawej nodze było kilka mocnych ran które krwawiły i to dość mocno

- Masz apteczkę Olka?

- Jest w plecaku

Przedzierając się przez babskie skarby i papiloty ujrzałem apteczkę na dnie plecaka. Wyrwałem ją i otwarłem z pośpiechem. Cały zestaw był - nawet woda utleniona! Ech te kobiety. Czyż nie są cudowne?

- Co z Chmurką? - dobiega głos Gleby z góry

- Jest ok - trochę się podrapała. Leć z innymi szukać czegoś byśmy stąd wyszli Gleba...

- Spoko luz, zaraz tam po Was będziemy - zniknął z dziury w stropie

Latarka prawie padła na amen. Przemyłem jej ranę i zacząłem owijać jej ku kolanie. Powoli kończyłem bandażować. Zabezpieczyłem opatrunek i zacząłem przymierzać się do ręki

- Trzeba ją usztywnić - szepnąłem zakłopotany

Nie stawiała żadnych oporów. Patrzała na to co robię w milczeniu. Powoli owinąłem rękę. Zrobiłem prowizoryczną pętlę i zacząłem wiązać ją z tyłu jej szyi. Wtem poczułem jej usta na moich. Pocałowała mnie. Znieruchomiałem nie wiedząc co zrobić. Odsunęła głowę szeptając

- Dzięki że jesteś Robert. Jesteś taki dobry. Zawsze Cię szanowałam - powiedziała patrząc mi w oczy...

- Eeee, nie ma sprawy - zmieszałem się i zacząłem zamykać jej plecak kryjąc zakłopotanie co mi słabo wychodziło bo ręce mi latały jakbym delirium dostał...

Epizod 6

Gdzie mądry ślepnie głupi przyświeci...

Minęło z jakieś 10- 15 minut od wizyty gleby na orbicie...

Łuuuuup. Łuuuuuuup. Słychać dwa potężne uderzenia. Coś uderzało w ścianę pomieszczenia w którym siedziałem z Olką

- Jesteście tam?

- Taaaaaa! - krzyknęliśmy jednocześnie kwitując to uśmiechem pełnym zmieszania

- Idziemy do Was!

Po dwóch minutach ściana rozsypała się w dolnej części. Gleba wyrywając cegły triumfatorsko wkroczył to pomieszczenia z rozbrajającym uśmiechem

- Co amorki? Widzę że nie nie nudzicie

- Co ty bredzisz ?! - zripostowała Chmurka

- Zbieramy ten bajzel i spadamy - dodał Lemur

- Nie mamy już żadnego światła ! - rzucił Gleba

- Ja mam ale to nie latarka - odzywa się nagle zapomniany Listwa

- A co to niby jestzamocie? - rechocze dziwnie żwawy Gleba

- To na skarb. Do sprawdzania pieniędzy czy nie fałszywe! - jęczy dumnie Listwa

Wszyscy popatrzeli się na siebie i po chwili osłupienia rykli gromkim śmiechem. Turlaliśmy się wręcz nie mogąc powstrzymać bolesnego rechotu.Nawet Chmurka nie wytrzymała i rechotała się razem z nami...

- No co? - patrzy w otwór zdziwiony Listwa za którym widać wijącego się w konwulsjach Lemura

- Ty debilu przecież dawniej pieniądze nie były tak zabezpieczane - charczy Gleba rechocząc jeszcze głośniej, dodaje: - Popieprzyły Ci się epoki stary!

Jakoś udało nam się uspokoić. Gleba włączył ultrafioletkę i zaczął zbierać cały bałagan łażąc raz po raz do dziury w ścianie i wyrzucając wszystko na zewnątrz

- Chwila Gleba - przerywa ciszę Olka

- Co tam? - oburknął

- Poświeć na tamtą ścianę jeszcze raz - dodaje dziewczyna wskazując sprawną ręką kierunek...

Na ścianie wyraźnie rysował się kształt sporego kwadratu

- O ku...... - tu jest coś zamurowane!

- Dawaj młotek i przecinak, jest w moim plecaku - krzyczę...

Epizod 7

Oczy które oniemiały...

Rozpoczęło się kucie. Ręce padały ale nie rezygnowaliśmy zmieniając się co parę minut. Po pół godziny leżała na ziemi ciężka szkatuła z okuciami i małą

starą kłódką. Popatrzeliśmy na siebie

- Ja pierdziele, skarb - wymamrotał Listwa mało wytrzeszczy nie dostając

Dwa uderzenia młotkiem położyły kres żywota kłódki. Podniosłem wieko zaglądając do środka. Na wierzchu leżała tuba którą otwarłem na szybko. Rozwinąłem kartkę i czytam na głos:

17.09.1939

Witaj gościu mego gabinetu...

Gdy czytasz te słowa należę do grona aniołów. Nadciągająca wojna zmusiły mnie do opuszczenia swojego ukochanego domu. Nie mogąc podróżować z zbyt sporym i rzucającym się w oczy bagażem - postanowiłem ukryć w mym domu dorobek całego życia. Oddaję go Tobie o szczęśliwcze pod paroma warunkami.

1. Pomodlisz się za mnie i za moją wymordowaną przez SS rodzinę.

2. Nigdy nikomu się nie pochwalisz tym co tutaj znalazłeś, zainwestujesz mądrze mój posag oraz 1/6 części tych kosztowności oddasz na rzecz biednych oraz na jedną żydowską synagogę

Tylko wtedy nie przeklnę z zaświatów zawartości mego kufra a bogactwa te przyniosą Ci szczęście.

Pamiętaj!

Szanuj co Ci oddałem i milcz ponieważ zawiść ludzi jest ogromna i to ona wygnała z mego życia szczęście. Dotrzymaj słowa a będę się za Ciebie modlił

Joahim Zinger

Nikt nic nie mówił. Patrzałem w kartkę czytając te słowa kilka razy. Nagle się ocknąłem i popatrzałem na drewnianą wkładkę w kufrze. Podniosłem ją ostrożnie a przy tej czynności serce mi chciało wyskoczyć z klatki piersiowej.

Gleba zbliżył marne światło do wnętrza. Zalśniły setki przepięknie rozsypanych złotych monet. Przełknąłem ślinę i odwróciłem się do reszty rzecząc:

- Na słowo honoru i zdrowie matek... Wy wszyscy!Przysięgacie milczenie po grób!

Jak na przysiędze wojskowejkażdy ślubował milczenie po grobową deskę.

Policzyliśmy monety. Podzieliliśmy po 107 dla każdego a sprawiedliwą 1/6 odłożyliśmy na biednych i wspomiamą synagogę w ostatniej woli naszego dobroczyńcy.

- Damy je pojedynczo zakonnicom a o synagodze pomyślimy! - zaproponowała Chmurka z powagą na twarzy

- Tak! To będzie dobry pomysł a teraz wiejmy stąd! - odparłem

Wyszliśmy z domu będąc bogaczami. Byliśmy w takim szoku, że nie byliśmy w stanie wydusić żadnych słów komentarza. Ola mocno utykała więc wziąłem ją na barki a Lemur niósł jej plecak. Wszyscy szli uśmiechnięci. Powietrze było wilgotneale znów diabelsko prażyło słońce. Co jakiś czas odpoczywałem ponieważ, nie było lekko mi z pasażerem na karku. Wędrowaliśmy przez przepięknie oświetlony wąwóz. Już nie był taki straszny jak kiedyś. Powolutku. Przecież nigdzie nam się nie spieszyło...

- A co mamy gadać jakby nas pytali o Chmurkę jej starzy - zapytał Listwa

- Już ja coś wymyślę Paweł - orzekła Chmurka głaskając mnie po włosach

- He he, pewnie że tak! - rzucił Lemur

- No i morda w kubeł o kufrze - dodałem

- Jakim kurze - zapytał z uśmiechem Lemur

- No właśnie jakim - powtórzył Listwa

- Widzieliście jakiś kufer - rzucił Gleba

- NIEEEEEEEE!!! zabrzmiało echem i zlało się z chichotem całej ekipy co wypełniło nagrzany popołudniowym słońcem wąwóz tysiącem pogłosów...

Robert.Sz - dizzygraphics

Praca zgłoszona w konkursie Poszukiwania.pl