Kategorie

Tropem przyjaciela barona roz.2


Wiele lat temu, jak jeszcze żyła moja babka, trafił do naszej rodziny zbłąkany wędrowiec. Nie był jednym z nas, często nie widywaliśmy obcych więc zachowywaliśmy się z początku ostrożnie. Człowiek ten był bardzo zmęczony, ledwo trzymał się na nogach. Starał się coś przekazać, jednak nikt nie potrafił go dobrze zrozumieć. Mówił po rosyjsku i w jakimś bardzo do rosyjskiego podobnym języku. Wówczas niewiele znaliśmy rosyjskich słów więc rozmowa nie mogła być swobodnie prowadzona.



Przyjęliśmy wędrowca jak nakazuje obyczaj, niestety po dwóch dniach zapadł na jakąś chorobę. Miał wysoką gorączkę, majaczył i pomimo wielu starań poprawa nie następowała. Pewnego dnia odzyskał przytomność, sięgnął do torby i wyjął plik dokumentów. Zawinął je w materiał, na którym napisał po rosyjsku aby przekazać wyłącznie Polakowi, który trafi po jego śladach do tego miejsca.

Dziadek wraz z babcią przyjęli paczkę i siedząc przy chorym kilka godzin słuchali jego tłumaczenia komu należy przekazać dokumenty. Podróżnik powoli i stopniowo tłumaczył dziadkom skąd pochodzi oraz to, że jest przyjacielem mongolskiego Chana – Ungerna.

Polak zmarł po tygodniu. Został pochowany nieopodal dawnego obozowiska, miejsce to znajduje się godzinę drogi stąd. Pamięć o nim była przekazywana i utrwalana, a jego dokumenty dziadkowie po wejściu ruskich dobrze ukryli w miejscu bliskim Polakowi. Niestety nie wiemy o co chodziło staruszkom.

Słuchaliśmy opowieści z ustami ustawionymi jako łapaczki much. Jakoś nie bardzo chciało mi się wierzyć w to, że przez tyle lat nie zawitał tutaj nikt z Polski, komu mogliby przekazać tą historię. Zapadło dziwne milczenie, my niewiedzieliśmy co powiedzieć, a nasza gospodyni kończąc historię nie miała nic więcej do powiedzenia. Nie wiem skąd ale w mojej głowie pojawiła się pewna, delikatna acz mocno cisnąca się do gardła myśl. Przerywając ciszę w jurcie zapytałem czy moglibyśmy poprosić o wskazanie drogi do miejsca gdzie powinien być pochowany Polak. Nasza gospodyni, bardzo chętnie przystała na propozycję wycieczki, niestety za żadne skarby nie chciała skorzystać z zaproszenia do samochodu. Nie bardzo wiedziałem jak rozwiązać ten problem, gdy nagle z pomocą przyszła mi córka gospodyni. Przecież mogliśmy pojechać konno !!. Ja i koń to dwa przeciwległe bieguny, jednak czego się nie robi dla przyjaciół i dobra ogółu. Koni było wystarczająco wiele, natomiast okazało się, że oprócz gospodyni, mnie i jednego z przyjaciół cała reszta wolała zostać niż narażać swoje kości na kontakt z ziemią. Siodło, w rozumieniu tego słowa w Polsce, nie istniało. Jak to mawiał w jednym filmie pewien aktor – Trzeba twardym być, nie miętkim – wsiadłem na konia, mój kompan też to zrobił, jednak nie mogę powtórzyć tego co marudził pod nosem.

Ruszyliśmy w drogę. Gospodyni, która została naszym przewodnikiem wyrwała do przodu, zanim my wrzuciliśmy „drugi bieg” ona prawie znikła nam z oczu. Obsługa konia mongolskiego niestety różni się od tej nabytej w stadninach. Gdy wróciła nasza przewodniczka, my już mniej więcej wiedzieliśmy gdzie znajduje się starter do konia. Moglibyśmy pewnie tak przez cały dzień męczyć biedne zwierzęta lecz szybko uchwycone konie w te pędy podążyły za gospodynia. Cudem było to, że przez ponad 30 minut szybkiej jazdy nie spadłem z konia. Ja i mój przyjaciel na pierwszym postoju byliśmy bladzi i straciliśmy umiejętność zejścia z pojazdu. Szaleńcza jazda po stepie, bez możliwości normalnego usadowienia w siodle, czy nawet pewnego chwycenia czegokolwiek była ponad nasze siły.

W dalszą drogę ruszyliśmy już mniej przekonani do sensowności naszej wyprawy. Tym razem jednak jechaliśmy już spokojniej, także mogliśmy czuć się bardziej bezpieczni. Swoją drogą ciekawe ile w Mongolii zdarza się wypadków „konnych”.

Na miejscu nic nie wskazywało na jakieś szczególne miejsce. Dopiero nasza przewodniczka wskazała nam miejsce, w którym miał zostać pochowany Polak. Nie bardzo wiedzieliśmy za co się zabrać ani czego szukać. Przecież nie będziemy przerzucali kamieni z jego grobu. Szczerze mówiąc zupełnie zdurniali staliśmy wpatrując się w kamienny kopiec, w którym według opowieści spoczywał nasz rodak. Co według dziadków mogło być bliskie Polakowi ? Zupełna pustka w głowie. Przecież to mogło być każde miejsce, z którym się związał przebywając w Mongolii. Z drugiej strony powinno to być coś bliskie każdemu Polakowi w tamtym oczywiście okresie. Burza mózgów, przeglądanie map, przypominanie sobie historii z okresu walk ungernowców. I nagle pewne olśnienie – co było w tamtym okresie ważne dla Polaków, dla ludzi bez kraju? Wolność i walka z okupantem. Niewielki trop wprowadził nas w dobry nastrój i uruchomił ukryte funkcje naszych mózgów. Bóg, honor, ojczyzna – wielkie hasła, które najpewniej też znaczyły wiele dla naszego rodaka. Tylko dalej nie bardzo możemy odnieść nasze przypuszczenia do terenu wokół nas.

Wróciliśmy do naszej gospodyni, która przez cały czas trzymała się w pewnej odległości aby nam nie przeszkadzać w naszych rozmowach. Wyjaśniłem do czego doszliśmy, jednak nie bardzo wiedząc czego pod tym kątem szukać w okolicy. Słuchała mnie ze skupieniem, po czym stwierdziła, że może chodzić o stary, niewielki klasztor znajdujący się nie tak daleko naszego obecnego miejsca postoju. Szybka decyzja i już po kilku minutach, siedząc na koniach, podążaliśmy w kierunku wskazanym przez dziewczynę.

Na miejscu okazało się, że po klasztorze w sumie niewiele zostało. Lata władzy komunistycznej i wpływów radzieckich wywarł na tym miejscu spore zniszczenia. Wyszedł ku nam jakiś człowiek, z którym rozmowę podjęła przewodniczka. Weszliśmy na teren zabudowań i zostaliśmy poprowadzeni do tzw. Polskiego miejsca. Niewielkie pomieszczenie, w którym nie było żadnych sprzętów, a jedynym elementem wyposażenia była stara lampa naftowa, oczywiście nie używana od wielu, wielu lat. Dziwne było tylko to, że w tej niewielkiej komnacie stała ona na środku, ewidentnie przeszkadzając wszystkim, którzy chcieliby coś w niej zrobić. Przyklękłem i obejrzałem podłogę wokół niej. Na pierwszy rzut oka nie różniła się niczym od całej reszty. To samo pod lampą, którą podniosłem nieznacznie nad podłogę. Następnie obejrzeliśmy ściany, opukaliśmy je, naciskaliśmy kamienie i nic się nie działo. Dopiero gdy usiedliśmy aby odpocząć, skierowałem głowę ku sufitowi. To był strzał w dziesiątkę. Nade mną, wyraźnie nad lampą dał się zauważyć ciemny punkt. Teoretycznie mógł pochodzić z lampy, jednak tej lampy nikt nie używałem od dawna do oświetlania tego pomieszczenia. Sufit nie był wysoko, pomimo tego i tak musiałem wdrapać się na barki mojego towarzysza. Opukałem i zbadałem go dokładnie tak jak ściany. W pewnym momencie wydawało mi się, że pojawił się pusty odgłos. Wyjąłem nóż i zacząłem grzebać wprost nad moją głową. Ukazała się szczelina, taka na włożenie dłoni, co też prędko uczyniłem. Od razu poczułem w ręce to coś. Wyjąłem zawiniątko, całkiem, całkiem spore. Wyszliśmy na zewnątrz i z największym namaszczeniem zaczęliśmy otwierać. A w środku listy pisane po polsku, raporty pisane po rosyjsku, jakieś dokumenty rosyjsko i chyba chińsko języczne i mapy. Każda mapa przedstawiała ten sam obszar, jednak każda posiadała zapisek w innym języku. I tak mieliśmy mapę rosyjską, chińską, niemiecką i polską. Znając trzy z wymienionych języków szybko przetłumaczyliśmy zapiski i ku naszemu zdziwieniu na każdej mapie pisało zupełnie coś innego. Mało tego wydawało nam się, że tłumaczenia są pozbawione jakiegokolwiek sensu gdyż zupełnie nic z nich nie wynikało. Wróciliśmy więc do mapy z polskim tekstem, który brzmiał następująco:

„starej miejscach kurierem który wskazówki dokładnych skarbie cegle”

 

Chciałem wracać do reszty naszych przyjaciół jednak przewodniczka zaproponowała abyśmy zostali na noc. Nie byliśmy na to przygotowani więc nie bardzo wiedzieliśmy jak mamy to zrobić. Wodę wypiliśmy, całe jedzenie już dawno znalazło się w żołądku o namiocie czy śpiworze nawet nie wspomnę. Okazało się, że dziewczyna o wszystkim wcześniej pomyślała. Niedaleko klasztoru mieszkali jej krewni, którzy oczywiście jak to w Mongolii jest w zwyczaju przyjęli nas z otwartymi ramionami.

Z samego rana wyruszyliśmy w drogę powrotną już zupełnie nie zwracając uwagi na trudy jazdy konnej. Głowy nasze zaprzątały odnalezione dokumenty i to w jaki sposób to wszystko zrozumieć.

Na miejscu opowiedzieliśmy reszcie grupy o dokonanym odkryciu. Poprosiliśmy również aby każdy niezależnie wziął mapy i przetłumaczył zawarte na nich napisy. Po kilku godzinach mieliśmy tłumaczenia, które przedstawiały się mniej więcej tak:

Na mapie rosyjskiej znajdował się tekst:

„na terenie ukryliśmy czwartą do Polski w swoim ukrytym miejscu”

Mapa niemiecka zaś dała nam taką ciekawostkę:

„do pułkownika wiadomości

węgla skarb umyślnym nim zając dworku w świątyni”.

 

Baliśmy się tego co może oznaczać tekst na mapie chińskiej. Jednak i tak nie mieliśmy możliwości przetłumaczenia w tym momencie więc zabraliśmy się za czytanie pozostałych dokumentów.

 

cdn...

kruku